- U schyłku mego życia chciałbym, aby mnie w obecnej, nie komunistycznej Polsce zrehabilitowano. W październiku 1947 już po raz trzeci od wejścia Czerwonej Armii, zostałem aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa. W latach najsroższego stalinizmu skazano mnie na karę śmierci. To, że żyję, zawdzięczam amnestii 1956 roku - napisał Andrzej Miłosz Światopełk Colona Walewski jesienią 1991 roku do sądu warszawskiego.

To był długi list. Oto jego fragment:

„W 1948 roku odbyła się rozprawa przed Sądem Apelacyjnym w Kielcach, prowadzona przez krwiożerczego sędziego Górskiego. Oskarżali mnie, że wydałem komunistów, napadałem na Żydów. UB przerobiło mi datę urodzenia tak, abym był starszy, pełnoletni i mógł otrzymać wyższy wyrok. Podczas strasznych tortur wypominano mi, że jestem hrabią i synem przedwojennego prokuratora. Nie wiem, co mi dali do podpisania, tak byłem udręczony nie przespanymi nocami, wylewaniem na mnie wiader zimnej wody. Skazano mnie na karę śmierci. Dziś domagam się uniewinnienia, oraz rehabilitacji. Zamierzam wystąpić o odszkodowanie”.

Sądy dwóch instancji odmówiły powodowi prawa do rehabilitacji. Wtedy ówczesny minister sprawiedliwości spowodował, że sprawą zainteresowała się Prokuratura Generalna. Założono rewizję nadzwyczajną. Akta, przesłane do Sądu Najwyższego, znalazły się w rękach sędziego Bogusława Nizieńskiego, żarliwego zwolennika zmian politycznych w Polsce. Nad rozsypującymi się już teczkami pochyliło się sześciu doświadczonych sędziów.

Hrabia co kilka tygodni przypominał listownie, że niecierpliwie oczekuje na werdykt.

Tymczasem sędziowie karta po karcie zapoznawali się z curriculum vitae człowieka, którego tylko amnestia z 1956 roku uratowała od kary śmierci. Ale i tak młodość zmarnował w kryminale.

 xxx

 Władza ludowa tropiła herbową rodzinę Colona Walewskich już w roku 1946. Mieszkali wtedy pod Kielcami. W grudniu instruktor powiatowego komitetu PPR w Tuczębach Jaworski wysłał poufny list do sekretarza gminy w Staszowie: „Prosimy o wiadomość w sprawie Colona-Walewskiego, obecny adres Staszów, wcześniej Rzędów. W 1939 roku, gdy wkroczyli Niemcy, syn tego hrabiego był w gestapo.”

Miesiąc później roku major Kula były dowódca 13 okręgu GL i sekretarz PPR w Staszowie pisze meldunek: „Ob. Stanisław Colona-Walewski i jego syn Miłosz byli na liście AL do likwidacji, bo obaj współpracowali z niemcami. (W pierwszych latach po wojnie słowo Niemcy pisano z małej litery -HK.). Wiosną 1943 roku jako bojówka AL poszliśmy wykonać wyrok, ale ani ojca ani syna nie zastaliśmy w pałacu. Młody Miłosz zachowywał się jak gestapowiec. Kilka razy zbił gumą mego sąsiada, bo tamten odpowiedział coś, co paniczowi się nie spodobało. Nie dość, że skatował starego człowieka, to jeszcze zawiózł go na posterunek gestapo.”

Józef Mazur wójt Rzędowa zeznał, że hrabia załatwił dla swego syna powołanie do Wehrmachtu na usilne życzenie chłopaka. Gdy Miłosz powrócił z wojska, zaczął prześladować okolicznych mieszkańców.

- Widziałem na własne oczy – przysięgał Mazur w UB – jak młody hrabia z kolegą Filipowskim zatrzymali Żyda na furmance i zbili go rzemiennym batem. Zabrali wszystko, co wiózł na handel do miasta.

Natomiast Stanisław Wójcicki rymarz ze Staszowa, którego szwagier służył u hrabiostwa opowiedział bezpiece taką historię: - Pewnego razu przyjechał do jego wsi panicz Miłosz. Żeby coś wywęszyć (na przykład tajny ubój) i donieść na posterunek gestapo. Wieczorem okazało się, że nie ma już pociągu, którym mógłby wrócić do domu. Przyszedł więc do Wójcickiego, aby go przenocował. - Gdy gość położył się spać, moja kobieta - zeznał rymarz - obejrzała jego marynarkę i pod klapą zobaczyła swastykę. Wcześniej szwagier mi mówił, że do majątku Colona-Walewskich gestapowcy przyjeżdżali na kolacje.

W styczniu 1948 roku Miłosz został aresztowany. Postawiono mu zarzuty: działał na szkodę Polaków, członków organizacji politycznych. Wstąpił do przestępczej organizacji Sicherheitsdienst (niemiecka służba bezpieczeństwa powołana do ścigania ruchu oporu na okupowanych ziemiach), wymuszał od obywateli polskich różne świadczenia.

Przed sądem PRL stanął też ojciec Miłosza oskarżony o wydanie w czasie okupacji Niemcom członka podziemnej GL, niejakiego Pałki, w następstwie czego ten człowiek został zamordowany. Ponadto hrabia miał odpowiadać za pisanie donosów na gestapo na Jana Bednarskiego, że uchyla się od kontyngentu. Było to pomówienie służące zagrabieniu gospodarzowi jego majątku, który następnie zawłaszczył donosiciel.

Stanisław Colona Walewski wszystkiemu zaprzeczał, a prokurator nie dysponował dowodami przestępstwa. Podczas rozprawy ujawniono list hrabiego do niemieckiego prokuratora i sądu specjalnego w Kielcach, napisany w 1940 roku. Brzmiał on następująco: „Mój syn Miłosz Andrzej został aresztowany i ma odpowiadać za przestępstwo przeciwko własności i w stosunku do Żydów. Wiadomość ta porusza mnie do głębi. Chłopiec od dzieciństwa wychowywał się w otoczeniu kulturalnych i inteligentnych ludzi. Jestem przedstawicielem jednego najznakomitszych najstarszych rodów szlacheckich, spokrewniony z najznakomitszymi niemieckimi i włoskimi rodami: von Frankesteinem, Sidorini Barberini, von Rudiger, von Kurst. Od najwcześniejszego dzieciństwa syna kładłem nacisk, aby uczył się niemieckiego. On zawsze odznaczał się nienawiścią do żydów; już jako dziecko płatał im figle. Ta pogarda dla obcej rasy leżała mu we krwi. Dla mojego syna parę miesięcy aresztu oznacza więcej, niż dla przestępcy kilka lat więzienia. Proszę o wypuszczenie go na wolność i uniewinnienie”.

List niewątpliwie kompromitował oskarżonego, ale nie był to jeszcze powód, aby go skazać. Za hrabią ujął się pułkownik Maślanka poseł i AL-owiec. Stanisław Colona Walewski został uniewinniony.

Jego syn, który przez miesiąc siedział w aresztanckiej celi był w gorszej sytuacji. UB znanymi metodami wydusiło z niego, że wiosną 1940 roku spotkał się z Janem Praksą współpracującym z Sicherheitsdienst w Busku. Otrzymał od niego propozycję inwigilowania członków nielegalnych organizacji.

Wkrótce potem młody hrabia napisał swój pierwszy, żarliwy raport: „Mam w Kielcach znajomego z czasów szkolnych o nazwisku Jeremi Nowak. Gdy ostatnio go odwiedziłem zauważyłem, że przechowuje on ulotkę podjudzającą przeciwko Niemcom. Ponieważ pochodzę z rodziny folksdeutschów, zainteresowałem się tym. Po trzech tygodniach obserwowania wywiedziałem się, że Nowak dostał gazetkę od mojego dawnego nauczyciela Chmielewskiego. Żeby zdobyć jego zaufanie powiedziałem, że ja też jestem Polakiem - patriotą, jak to oni mówią”...

Z donosu wynika, że Miłosz zrobił wszystko, aby zadenuncjować swego nauczyciela. Wynajął pokój obok inwigilowanego, świadczył mu drobne przysługi, aby wkraść się w łaski. Równocześnie zawiadomił gestapo, że ponosi nieprzewidziane koszty i w związku z tym potrzebuje stałego miesięcznego ryczałtu od swych niemieckich mocodawców.

W kolejnym raporcie donosi o regularnych, trzy razy w tygodniu, spotkaniach Chmielewskiego z młodzieżą szkolną. Informuje, że jest to nie tylko tajne nauczanie, ale i podburzanie uczniów do nieuznawania oficjalnej władzy. Bierze w tym udział Nowak. Ale nie tylko on spiskuje. „Informuję, że tych z podziemia Chmielewski zazwyczaj przyjmuje w nocy, między godziną jedenastą a pierwszą. Kiedyś zaszedłem tam później niż byliśmy umówieni i zastałem Stachowskiego oraz Firmana, podaję ich adresy. (...) Chmielowski wyprosił mnie z pokoju. Z podsłuchanej rozmowy zorientowałem się, że zamierzali prędko zrobić powstanie, bo jak mówili, Niemcy są już słabi. Cieszyli się, że niedługo przyjdzie polskie wojsko”.

Kilka dni później agent „Collona”, bo takie pseudo przyjmuje Miłosz, informuje gestapo w Busku, że ponownie odwiedził swego nauczyciela, zapytał, co słychać. A ten ufnie włączył przy gościu angielską radiostację.

„Gdy wyszedł na chwilę z pokoju- pisze informator - znalazłem tam ulotkę i gazetkę pt. „Walka”. Ulotkę zabrałem, żeby ją dołączyć do raportu. Muszę ją szybko otrzymać z powrotem, aby nie ściągnąć na siebie podejrzeń. Chmielowski prosił mnie, abym przetłumaczył mu z niemieckiego pewną książkę. Zgodziłem się, bo będę miał pretekst, aby częściej do niego zachodzić i to o różnych porach”.

W marcu 1941 roku (Wiadomo to stąd, że Niemcy, uciekając z Buska przed Rosjanami, pozostawili w siedzibie gestapo pełną szafę papierów) „Collona” donosi, że niejaki Orzeł przechowuje w domu nielegalne czasopisma. Raport jest zaopatrzony uwagą SS Scharfuhrera Rennau: „Dalsze szczegóły są konfidentowi nieznane. Wykorzystać kartotekę III c.

 xxx

 W dwa miesiące później panicz Miłosz jedzie do majtku swej ciotki, położonego pod Łodzią. Pisze stamtąd do swych niemieckich chlebodawców: „Ciotka Stanisława Kirstowa zabrała mnie z Kielc, ażeby, jak mówiła, zrobić ze mnie przyzwoitego Polaka. Ja nie miałem zamiaru jechać, ponieważ w Kielcach miałem obiecaną kartę volksdeutscha, na którą moi rodzice wyrazili zgodę.(...) Od początku noszę się z zamiarem ucieczki z majątku. Dziś składam następujący meldunek:

Do ciotki przyszedł niejaki Geniusz, polski oficer, który nie spełnił obowiązku zameldowania się władzom, że przebywa na tym terenie. Po obiedzie przekazywał wiadomości, pochodzące z nieprzyjacielskich radiostacji. Wyjął z torby nielegalne gazetki, które dawał ciotce. Nadmieniam, że moja ciotka jest zaprzysiężona w AK. Te nielegalne gazetki traktowały o siłach lotnictwa niemieckiego i angielskiego, ponadto zawierały odezwę do narodu polskiego, aby wziąć udział w ruchu oporu. W konspiracji Geniusz ma pseudo Adolf. Podaję jego adres i opis: lat 35, stale nosi pierścionek z trupią główką, zalutowaną od środka, niewidoczną na zewnątrz. Buty długie, bryczesy. Żeby ukryć swe prawdziwe działanie przebiera się za handlarza starzyzną i w tym charakterze jeździ do różnych miast. W Warszawie spotyka się z kierowniczką Polskiego Przysposobienia Kobiet i od niej otrzymuje nielegalne gazetki. Jej nazwisko Zofia Prus. Ona często bywa u nas; ciotka mówi, że jest poszukiwana przez gestapo. Raz w tygodniu ciotka bierze udział w nielegalnych zebraniach odbywających się zawsze w innej miejscowości. Na swoje urodziny dostała od miejscowych podarunek z napisem: „Dla dobrej Polki”. Ciotka postanowiła wystawić mi dowód osobisty nie powiadamiając o tym władze niemieckie. Dowód ten ciotka schowała, bo obawiała się, że jej ucieknę. Często zachodzi do niej wysiedlony z Poznańskiego niejaki Szulczewski. Nie mogę z całą pewnością podać, czy jest on oficerem.. Ale chyba tak, bo podlega mu trzech oficerów kurierów. Wiem, że poszukuje go policja niemiecka Szulczewski mieszka w majtku Ossowiec. Słucha radiostacji angielskich i wiadomości powtarza ciotce. W Rawie dwadzieścia kilometrów od Tomaszowa pracuje telefonistka (tu nazwisko) ściśle współpracująca z Szulczewskim Ona podsłuchuje rozmowy telefoniczne władz policyjnych. Wszystkie meldunki przekazuje do Ossowca.

Co do innych osób przyjeżdżających do ciotki – to informuję o sekretarzu gminy Holewińskim, który stale wydaje Polakom fałszywe dowody osobiste, Siennicy, ma kontakt z Inteligence Service i przywozi nielegalne gazetki i służącej Seredowej łączniczce AK. Wiadomo też mi, że w ruchu oporu pracuje niejaki Mościcki oficer WP zamieszkały w Mogielnicy. Jest zaprzyjaźniony z Geniuszem”.

 xxx

 Wkrótce po wysłaniu tego raportu nastąpiły aresztowania. Gdy dworek opustoszał, 21-letni Miłosz wrócił do rodziców. Ciotka przeżyła obóz koncentracyjny i dopiero przed śmiercią, a były to lata sześćdziesiąte, dowiedziała się, kto ich zdradził.

Miłosz zaraz po wyzwoleniu wyjechał na ziemie zachodnie. Tam często zmieniał adres, zawód. Żył z tego, co zdobył szantażem. W knajpach podchmielonym biesiadnikom przedstawiał się jako oficer AK. Upijał ich do nieprzytomności, a następnie dawał do podpisania oświadczenie następującej treści: „Ja, niżej podpisany należę do Podziemnej Organizacji Wywrotowej Mikołajczykowskiej’. Gdy człowiek, który złożył swój cyrograf wytrzeźwiał, gotów był zapłacić każdą cenę, aby tylko szantażysta nie złożył donosu w UB.

Zdarzało się też, że udając pijanego, opowiadał w znanej mu knajpie, że zbiera pieniądze, potrzebne podziemnej AK, bowiem w pobliskich lasach wylądowali ludzie Andersa i trzeba ich wesprzeć. I podchodził z czapką do stałych bywalców, a oni patriotycznie nastawieni, wrzucali datki.

Colona Walewski wpadł przez młodą żonę jednego z naciągniętych klientów wiejskiej gospody pod Wrocławiem. Gdy mężczyzna wytrzeźwiał, przyznał się w domu, gdzie stracił pieniądze i rozzłoszczona kobieta doniosła o wszystkim na posterunku milicji. Śledztwo przejął UB. Podczas rozprawy sądowej przewinął się korowód ofiar oszusta. Jedni nabrali się na rzekomo wysoką funkcję oskarżonego w podziemiu AK, drudzy na to, że jest szefem Urzędu Bezpieczeństwa we Wrocławiu, albo prokuratorem wojskowym.

Rok spędzony za kratkami niczego szantażystę nie nauczył. Zaraz po wyjściu na wolność postarał się o pismo z Ministerstwa Obrony Narodowej do burmistrza Oleśnicy, który nie chciał mu dać mieszkania.

„Takie postępowanie - napisał do władz miasteczka sam minister – jest niedopuszczalne. Obywatel Colona Walewski przeszedł w czasie wojny z Niemcami cały szlak bojowy, aż do Berlina. Jest odznaczony najwyższymi medalami wojskowymi i ma piękną kartę walki o niepodległość. Sposób, w jaki potraktowaliście zdemobilizowanego żołnierza może was narazić na przykre konsekwencje”.

W 1947 roku Miłosza Colonę Walewskiego wówczas już właściciela największej willi w Oleśnicy, rozpoznał na stacji kolejowej jego sąsiad z rodzinnych stron, Jan Praksa. „Panicz” próbował unieszkodliwić świadka jego kolaboracji z Niemcami i doniósł UB, że Praksa współpracował z okupantem, ale ten jakoś się wybronił. Natomiast w teczce rzekomo walecznego żołnierza zaczęło przybywać coraz więcej dowodów na to, co robił w czasie okupacji.

Przesłuchano m. in. gestapowca Ottona Bussingera, który za zbrodnie hitlerowskie odsiadywał wyrok w więzieniu w Kielcach. Okazano mu oryginały raportów konfidenta Collona. Oświadczył, że złożony z na nich podpis funkcjonariusza jest autentyczny.

 xxx

 Wielu mieszkańców Kielecczyzny zeznawało w 1948 roku na procesie znanego w okolicy potomka hrabiowskiego rodu. Właścicielka zakładu fotograficznego w Kielcach Stefania Bonikowska opowiedziała, że pewnego dnia roku 1942 przyszedł do niej młody mężczyzna w butach z ostrogami i w zielonym mundurze niemieckiej służby leśnej. Chciał, aby zrobiła mu zdjęcie w dość osobliwym przebraniu. Wyjął z walizki wojskową pelerynę i zawiesił ją sobie na ramieniu. Do boku przypiął rewolwer, głowę okrył stalowym hełmem z pikielhaubą. Do munduru miał wpięty znaczek ze swastyką, a na rękawie opaskę z takim samym symbolem, budzącym strach u Polaków. Zapamiętała nazwisko osobliwego klienta - Andrzej Miłosz Colona Walewski.

Chyba najbardziej obciążyły oskarżonego zeznania adwokata z Sępolna Krajeńskiego Jana Ornesa. W roku 1940 był on tłumaczem na procesie, jaki toczył się przed niemieckim sądem specjalnym w Kielcach za ograbianie z żywności Żydów, którzy usiłowali sprzedać na targu kupione we wsiach produkty. Tym, który prześladował „pachciarzy” jak określał swe ofiary, był młody Colona Walewski. Ornes zapamiętał z procesu, że oskarżonemu zarzucano, iż przedstawiał się jako członek NSDAP, choć do tej zbrodniczej organizacji nie należał.

Przed sądem Colona Walewski przyjął szczególną linię obrony. Tłumaczył, że pomylono go z inną osobą, bowiem w czasie okupacji w okolicy, gdzie mieszkał, grasował bandyta, noszący pseudonim, dokładnie tak brzmiący jak jego nazwisko. Człowiek ten potem wyjechał na Zachód i wszelki ślad po nim zaginął. Były hrabia rzucił tez cień podejrzenia na swoich krewnych.

– Nie mogę gwarantować - pisał z aresztanckiej celi do sędziego – również za swoich kuzynów, którzy w czasie okupacji nie cieszyli się dobrą opinią. Jeden nawet uciekł do Anglii, widocznie miał coś na sumieniu.

Te i inne kłamstwa były szyte grubą nicią – nic więc dziwnego, z oskarżony raz po raz dawał się złapać w krzyżowym ogniu pytań. Udowodniono mu, że to on napisał do gestapo donos na Chmielewskiego i Nowaka, co spowodowało wywiezienie ich do hitlerowskiego obozu, a tam śmieć.

Broniąc się, Colona Walewski uchwycił się jeszcze jednej deski ratunku. Twierdził, że kiedy wpadł w sidła gestapo był niepełnoletni, nie wiedział, co czyni. Jego metryka zawiera zasadniczy błąd - wpisano w niej rok urodzenia jego starszej siostry.

Kobieta wezwana na świadka potwierdziła słowa brata. Ale już pierwsze podchwytliwe pytanie sędziego wywołało u niej takie zdenerwowanie, że zemdlała. W dokumentach UB, który interesował się hrabiowską rodziną od zakończenia wojny i zbierał o niej różne informacje, a także w księgach meldunkowych konsekwentnie przewijała się data 12 grudnia 1920. Tylko jeden świadek obrony poseł Maślanka, który był zaprzyjaźniony z ojcem Miłosza zeznał pod przysięgą, że hrabia junior urodził się w roku 1925. Ostatecznie sąd odrzucił wątpliwości, związane z data urodzenia oskarżonego. Uznał, że gdy zdecydował się na współpracę z Niemcami był już pełnoletni.

A jego wina jest udowodniona.

W uzasadnieniu wyroku nie obyło się bez ideologicznej wykładni, typowej dla lat 50. w Polsce: „Mając na względzie sposób i okoliczności działania skazanego w czasie okupacji, jego postępowanie po wyzwoleniu, pochodzenie społeczne, należy dojść do wniosku, że był rzadkim okazem zepsucia i degeneracji moralnej, produktem rozkładu pewnych klas społecznych.”

Prosto z sali rozpraw przewieziono skazanego do ciężkiego wiezienia we Wronkach.

Po roku, gdy na skutek rewizji Sądu Najwyższego nie groziła mu już kara śmierci, jego żona napisała do prezydenta Bieruta: - Zwracam się do Towarzysza jak do naszego Przyjaciela i opiekuna młodzieży z usilną prośbą, aby wszedł w moje ciężkie położenie, moje łzy i to, co się dzieje w moim sercu schorowanej, słabej kobiety. Jestem od dłuższego czasu zetempowską córką szarego robotnika i z trudnością, ze względu na stan zdrowia, pracująca społecznie oraz zawodowo. Mój mąż popełnił przestępstwo w rzeczywistości nie mając 18 lat (to sprawa sfałszowanej metryki). Czy tak już musi być, aby on całkowicie stracił życie w więzieniu? Przecież w ukochanej naszej ojczyźnie wychowuje się ludzi, a on był w Partii od 1946 roku. Wiem i ufam, że Ojczyzna Ludowa jest silna, bo wspólnie budowaliśmy ją i budujemy. Wiem, że hojność jej, dobroduszność i humanitaryzm nie zna granic, bo sama buduję spółdzielnię produkcyjną. Dlatego jeszcze raz proszę o ułaskawienie schorowanego męża”.

List, podobnie jak i inne skierowane do prezydenta, pozostał bez odpowiedzi. Nie odniósł też skutku (zmniejszenie wyroku) donos Colona Walewskiego na współwięźnia, który „szkaluje obecne władze”. Nie pomogła skarga na miejscowego prokuratora: „Raz wszedł do mej celi ob. Inspektor nazwiska nie znam. Powiedział, że w dużej mierze jestem ofiarą Światły i jego popleczników, którzy wyzbywali się naszych ludzi.”

Nie pomogło dołączenie listu od siostry: „Kochany Braciszku. Zmarł ojciec. Zostałyśmy z mamą same – zrozpaczone, bezradne, pogrążone w długach. To dlatego nie wysyłam Ci tych kilku złotych, które dotąd otrzymywałeś (..). Nie mamy domu ani majątku, ani wszystkiego, co stanowiło kiedyś treść naszego życia. Lepiej, że Ojciec zakończył swoją wędrówkę ziemską, bo cierpiał bardzo. Był człowiekiem honoru, kochał swój zawód a stracił wszystko. (…) Dla nas życie stało się koszmarem. Zostałyśmy w ciasnym pokoiku, w którym wszystko na każdym kroku przypomina nam Ukochanego Złośnika”.

Amnestia z roku 1956 skróciła skazanemu wyrok do siedmiu lat. Miłosz Colona Walewski nadal występował do Generalnego Prokuratora i Rady Państwa o darowanie mu kary. Pisał, że występek, który zaprowadził go do wiezienia, zdarzył się, gdy miał lat szesnaście. Czy powinien odpowiadać za bezmyślność wieku dziecięcego? To ciotka sfałszowała metrykę, gdy wyrabiała mu dowód osobisty. A czyny, które mu zarzucono w ogóle nie miały miejsca.

 Xxx

 Na starość Miłosz Colona Walewski zamieszkał w Warszawie. Po wyborach 1989 roku stał się gorącym orędownikiem nowego ustroju. Zapisał się do Solidarności i Światowego Związku Żołnierzy AK. Jego wniosek o rehabilitację i odszkodowanie, żarliwie poparty przez lokalnych szefów obu organizacji, wpłynął do sądu nazajutrz po uchwaleniu ustawy.

Ponieważ autor wniosku usilnie zaznaczał, że w czasie dochodzenia UB sfałszowało mu metrykę, sędzia Nizienski postanowił ostatecznie tę kwestie wyjaśnić.

Napisał do parafii Świętego Krzyża w Warszawie, gdzie Miłosz był chrzczony. Niestety, wszystkie dokumenty spłonęły w czasie powstania. Z pytaniem, jaka jest prawdziwa data urodzenia zdemobilizowanego żołnierza Miłosza, sędzia zwrócił się o pomoc do Centralnego Archiwum Wojskowego MON. Poprosił też o informacje, jaki ma autor wniosku stopień wojskowy. Własnoręcznie pisane życiorysy Miłosza zawierały na ten temat różne dane; skala wojskowych dystynkcji była rozległa – od szeregowego do pułkownika.

Odszukano wszystkie osoby w całej Polsce, które miały jakąś wiedzę na temat okupacyjnego i powojennego życia byłego panicza. W miarę, jak zwiększała się wiedza przewodniczącego składu sędziowskiego, zainteresowanie Miłosza Colony Walewskiego zrehabilitowaniem go wyraźnie malało. Na ogłoszeniu wyroku już się nie pojawił.

Sąd ostatecznie odrzucił wniosek o uznanie wyroku z roku 1948 za bezprawny.

- Choć był to czas stalinowskiego terroru - przypomniał sedzia Bogusław Nizieński - Nie wszystkie orzeczenia sądowe wydawano z pogwałceniem prawa. Wina Miłosza Colona Walewskiego jest udowodniona. Można tylko żałować, choć nie zmieni to kwalifikacji czynu, że nie zostały w odpowiednim czasie ustalone losy wszystkich osób, wydanych przez Miłosza na gestapo. W świetle dochodzenia, przeprowadzonego w roku 1992, autor wniosku o rehabilitację, amator wysokiego odszkodowania za uwięzienie jawi się - stwierdziło dziesięciu sędziów - jako człowiek podły, który jeszcze raz, u schyłku życia, wykorzystując postępowanie przed Sądem Najwyższym oczernił matkę chłopca z jego winy zakatowanego przez gestapo. Jako oszust, który nie tylko kłamał w roku 1948, podając nieprawdziwą datę swych narodzin, ale również w roku późniejszych latach bezkarnie zmieniał w swej metryce dane i tak sfałszowanymi dokumentami posługuje się do dziś.

 xxx

W chwili ogłoszenia wyroku, w ławach dla publiczności stałam tylko ja. Postanowiłam wtedy, że pojadę do Rzędowa, gdzie w czasie okupacji żyła familia Colona-Walewskich. Może to, co nie udało się sądowi - ustalenie losów ofiar autora wniosku o rehabilitacje - uda się mnie reporterce.

Jednakże w miarę zbliżania się do opłotków wsi, odpowiedź nasuwała się sama. Daremnie byłoby szukać świadków. W latach siedemdziesiątych, gdy panowała prosperity na siarkę i kopalnie tego kruszcu pojawiły się pod Tarnobrzegiem, wysiedlono cały Rzędów. Mieszkańcy rozproszyli się w miejskich blokach, bądź wyjechali w rzeszowskie, gdzie jeszcze można było kupić kawałek ziemi. Wielu przedwcześnie zmarło, bo nim doszło do zaorania ziemi, kopalnia zniszczyła im zdrowie, codziennie sypiąc siarką w oczy. Majątek hrabiego już nie istniał. Wprawdzie ominęła go nacjonalizacja, był na to za mały, ale stary hrabia po wyjściu z więzienia sprzedał go po kawałku.